Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczawnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczawnica. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 stycznia 2015

2015 - Przybywam!



  Chciałem tego uniknąć, ale chyba po prostu się nie da. Trzeba podsumować etap i kropka. Inaczej ciężko ruszyć dalej. Wyobraźcie sobie, że żyjecie od teraz do śmierci, bez żadnych linii granicznych, urodzin, świąt, końca zimy, roku itp. Nawet podczas maratonu, w głowie trzeba podzielić sobie dystans na etapy, inaczej można załamać się już na samym początku. Tyle wstępem wytłumaczenia, po co i dlaczego, a teraz do rzeczy.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Wielka Prehyba czyli Maraton w Szczawnicy

Miało być o Maratonie Górskim w Szczawnicy…
… to jest.
Dokładam jeszcze Bieg na Śnieżkę




   Mój organizm ma ze mną przeje…ne. Ostre słowa na początek, ale inaczej tego wyrazić nie sposób. Mam w sobie tą destrukcyjną potrzebę do testowania siebie w extremalnych warunkach. Im gorzej i ciężej, tym czuję się lepiej. Przejawia się to w różny sposób np. jak biegnę, często narzucam sobie takie tempo, żeby sprawdzić ile wytrzymam, gdzie jest ta granica.  Jak to się kończy? Nie muszę chyba mówić, ale jak rezultat jest zadowalający i przekraczam bariery osiągam istny stan nirwany. Trwa on dość krótko, do czasu znalezienia nowego celu, albo stwierdzenia, że można lepiej, wyżej i dalej…. I tak to się kręci.

środa, 30 lipca 2014

INTERWAŁ NA WEJŚCIE


Po dzisiejszym treningu interwałowym, nawet tegoroczny "błotny" maraton górski w Szczawnicy wydał mi się niewinną miłosną igraszką. A napisać muszę, że szlaki wówczas zamieniły się w rwące potoki i nie raz zaliczyłem bliskie spotkanie z wyrodną Matką Ziemią. Ale wróćmy do treningu. Zaczne od tego, że już byłem w fazie spisania go na straty. Byłem po pracy, źle przespanej nocy i w dodatku miałem sporo rzeczy do załatwienia na mieście. Gdy w końcu po 17 mogłem wyruszyć na bieganie, miałem już dosyć. W dodatku to piekielne słońce, odbierające chęci do aktywności fizycznej. Największa kreatywność na jaką udało mi się zdobyć to... drzemka. Gdy wstałem przed 19, puściłem kilka k... na wszytskie strony, jedną nawet posłałem przez balkon. Ale zacząłem mimo wszystko ubierać buty, a o 19.15 byłem już  na treningu. Co więcej, poczułem ogromny przypływ energii, a nogi same rwały się do szybszego biegu. Na początku jakoś je powstrzymywałem, ale prawa dogadała się z lewą i nie było wyjścia. Ruszyłem z nimi w tango. 
Miałem do zrobienia po 10 minutach rozgrzewki - 5 odcinków 4 minutowych w tempie 5km. Czyli w przybliżeniu 3.45 na 1km. No i jak to zwykle ze mną bywa, gdy czuje się w dobrej dyspozycji to przeciągam strunę. Stąd ten komentarz do treningu interwałowego. Po każdej sesji 4 – minutowej byłem bliski zawału. Jednak udawało mi się w przerwach na tyle zregenerować siły, że  kolejne odcinki zaczynałem znowu mocno, a kończyłem je na oparach energii. I pewnie gdybym nie był tak daleko od domu zrezygnowałbym. Wizja jednak powrotu idąc, a nie biegnąc jest dla mnie nie do przyjęcia. Więc jak znowu czułem moc to nie muszę pisać jak to się kończyło.  
Mimo trudu  i "delikatnego" przegięcia bieg dał mi sporo satysfakcji i mogę go uznać do dobrej jednostki treningowej. Kolejnego dnia mam luźną godzinkę biegu plus przebieżki, więc uda mi się zregenerować. O ile znowu nie poniosą mnie nogi.